Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/388

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jeszcze adres — tę stronicę w czerwonym kalendarzu —
Czy to napomnienie? przestroga?
Po wyjściu inżyniera cicho; mrok zapada i pokrywa szarym oddaleniem chory nieład seperatki.
Wątłe drzewko za oknem nachwiewa się monotonnie i żałośnie.
Skądże, w jakim celu ten wychlust nagły z podświadomości i zapomnienia? —
I znów to niepohamowane, drżące uczucie lęku i niepokoju ubezwładniającego —
Łomoce serce, nieregularnie tętni krew, rozsadza żyły (— stracha że się zaraz umrze —).
Zatraca się poczucie rzeczywistości — podłoga przepływa jak tratwa na nocnym morzu, na której rozbitek wypatruje świtu i ratunku — mare nubium — marę tenebrarum —
Drży ziemia — słychać jej łoskot i chrzęst (— łańcuchy górskie —) i świst w mijaniu świetlanych smóg i stożkowatych cieni planet —
Pierścieni się i syczy jak woda na rozpalonym żelazie — Saturn —
Z ziemi jak z olbrzymiej, pełnej piersi wyrasta w mżącą przestrzeń dwupostać w zachwyceniu, w przegięciu miłosnym —
Misterium globu —
Zrastają się kolana śniade z lśniącym pięknem jasnych biódr — i torsy wrastają w siebie jak drzewa — jak z bukiem brzoza —
Usta wszeptują sobie nachyloną winną wieść: miłość — a to brzmi jak wieczność, pachnie jak ozon —