Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/362

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ment wyłączności, drapieżniejący z dniem każdym, a może raczej z nocą każdą — miał rację swą i pełna racji tej uprawnienie.
Przecież zdarzało się, że wracającego, po zamknięciu stajen i szop, Cyprjana, napadała w mroku jakiejś ściany lub w gęstym cieniu drzew — przyczajona pani Kle — rzucała się nań — dobierała do ciała i z jękiem skamliwym wykonywała wymyślności różne — poczym wsiąkała nagle w pełną noc jak kozodój, jak sukkub. — Niejednokrotnie wypłaszał ją chrapliwy śmiech, podobny do chichotu lelka; Genia: — wtedy Kle zrywała się z ziemi i lisim smyrgnięciem kluczyła w stronę głosu — sapliwe przekleństwa, piski, gulgoty i trzask łamanych krzewów świadczył, że odnalazły się: matka z córką.
Zawsze po takiej przygodzie Cyprjan z jakiegoś mglistego poczucia rekompensaty pomieszanego z impulsem instynktu samoobrony — odwiedzał nocą Wisię.
Pod wpływem udręk, zazdrości, gniewu i obrzydzenia — pomiędzy ziemią dygocącą bębnieniem ogni zaporowych, a niebem rudym od pożóg i rozjęczonym dławionymi przekleństwami mordowanych — postawiona samotnie i bezradnie — oddalała się Wisia z dniem każdym od autentycznych racji życiowych, od ich powszedniości i świąteczności — od wszystkiego. Niewidocznie może jeszcze, lecz już dziwaczała, nie dla otoczenia, dla samopoczucia własnego. Zaczęła zaniedbywać siebie i wszystko wokoło niej przechylało się, podmyte i wyjałowione, ku zaniedbaniu.
Pokój jej stawał się nieprawdopodobnie za-