Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/361

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kaniami słychać było wyraźnie zjeżony pisk nietoperza w stojącej prostopadle za oknami nocy — z poza ciętych w mroźne kwiaty krat piecowych drzwiczek żarzyły się dwa rubinowe ogniki.
Wszystko stawało się nie do zniesienia.
Zmorowatość pieniła się jak karaluchy; kroku nie można było postawić, by na nic nie nadeptać; roiły się wszędzie; do obrzydliwości; były w łóżkach, szafach, jadle i napoju. Dniem i nocą.
U Cyprjana sumowało się jeszcze z tym zaczepno odpornym rozgardiaszem duże wyczerpanie fizyczne; żyć trzeba było tylko z gospodarstwa; — wstawał o wpół do czwartej: odbywanie koni, obrok w żłoby, siano za jaśla — cały dzień spędzał na robotach polnych lub w obejściu, stodole, stajni; — wieczorem o ósmej upadał już z nóg; — więc ciągły szum w głowie, zapiekłe oczy, łatwa, zbyt łatwa pobudliwość i nagły, czerwoną mgłą zasuwający widzenie, gniew. — Częstym i coraz częstszym argumentem jego podczas licznych kontrowersji było rzucanie o podłogę czym padło: szklanką, karafką, wazonem, talerzem, lampą.
— to nie są argumenty przekonywujące —
— gwiżdżę na argumenty —
— to są hałasy —
— Prosta, rozsądna, rzetelna natura Wisi posępniała w atmosferze dwoistości i niewątpliwego fałszu, w napierającym zewsząd zakłamaniu — no i, po prostu w tym, że „ta baba“ żyła prawie pod jednym dachem, w tym samym, w każdym razie, obejściu.
I — co tu dużo gadać! — kobiecość Wisi, ele-