Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/292

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Wyczuła, że coś jest nie w porządku i zaproponowała, żeby wyjść, że i tak już późno. — Te chciały, ci nie chcieli — pertraktacje trwały kilka minut; a każda minuta na wagę złota, jeśli tak można powiedzieć; — zaczęła być mowa o tym, gdzieby jeszcze pójść — tam zamknięte — ówdzie niepewne — tu otwarte —; — pan Stanisław, ten nalany, z tymi zębami szczurzymi zaśluził sentymentalnie, żeby pasterkę oblać w jakiej winiarni; — ostatecznie prze» ważyło zdanie wuja (— zbrodniarz, łotr] —), żeby jeszcze zostać, poco się ruszać, kiedy tu dobrze, nawet już stamtąd teraz nie zawiewa, przestało —
— widać szczęśliwie przeciąg zmienił kurs, panie dobrodzieju — takoj po jednej babce jeszcze ha? co? —
Wtedy zbuntowało się w Cyprjanie wszystko; wstał — z jakimże trudem i zboleniem! — powiedział, przeprosił, zacinając się — taki skurcz w szczękach — że musi pójść, bo już niedowytrzymania — w skroniach łupie — plamy czarne przed oczami — — tyle słów!! — Wisi ucałował rączkę:
— dziękuję ci, jutro...
— za co? —
— kiedyś...
Jakaś cholera — nie wiadomo kto, ludzie są bez twarzy — wyjmuje z kieszonki kamizelkowej „kogutka“ —
(— ja go zabiję! — przemknęło krajem myśli cyprjanowej —) —
— może pan —
— dziękuję, mnie to nie pomaga, ja mam inne sposoby —