Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zani na długie męczarnie i na śmierć; nad bączkami chwieją się dębowe listki, na piersiach bukieciki kwiatów —
— rozumiem takie małe — ale ten! —
na ciakach wstążeczki z napisem „zum zweiten Mai auf die Front“, „zum dritten Mai auf die Front“ — ten „zum dritten“ miał większy bukiet od tego „zum zweiten„ —
— trzebaby chyba dwieście razy iść na front, żeby takie bukiecisko zawalić jak to moje —
Już go złość napadała.
Na dobitek, po forsownym przeciskaniu się przez ciżbę ludzką, która gniewnie reagowała i na bukiet i na jego właściciela — — co to jest tak się pchać i przeszkadzać — — trzeba było wreszcie przystanąć, bo przejście teraz docna zatarasowano. Szpalery żegnały juchecowaniem bohaterów idących na rzeź; krzykami i oklaskami oddalali widocznie od siebie wzgardę i nienawiść czającą się w spojrzeniach żołnierzy: — oto ci tam stojący radują się, że nie oni konać mają w gnijących rowach i w paściach drutów kolczastych, — że tym tu nam idącym powierzyli honor konania i męki, powierzyli groźbą i przymusem —
Padały pod zbolałe nogi skazanych na śmierć spermotwórczych mężczyzn — kwiatuszki; powiewały chusteczki! — Było coś potwornego w tym kontraście pędzonych na ubój skazańców a tą bezmyślną pychą życia żegnającej ulicy.
Jakaś starsza jejmość stojąca za Cyprjanem rzekła z przekąsem: