Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odwiedził wieczorem panią Kle. — Tak niby spacerem; niechcący niby; bo: unikał; a gdy już teraz trzeba było — miał altruistyczny pretekst przyjścia: chory mąż pani Kle; i — możność tę, wierzył, wyjścia, żeby nic. Do tego doszło; nie dziwota; ale przykrość.
Pod załamanymi i przerwanymi nierozumna dobudówką ścian, sklepieniami — to było ongiś w tym lamusie jedna znaczna hala — polatywały, pogłosem pobudniające słowa o wojnie. Wszyscy tylko o wojnie mówili i horoskopowali dla siebie wygodnie i wedle jakichś tam sympatii i antypatii; prawie już wszystkie państwa europejskie pozwoliły łaskawie poddanym swoim wypruwać sobie nawzajem poddańcze flaki dla wielu ojczyzn, które były warsztatami utrzymującymi swe wysokie rządy w sytości, splendorach i bankowych fortunach; rządy kapitalistyczne żywiły się w owych zamierzchłych czasach krwią i nędzą poddanych. Wielka wojna, wbrew nadziejom licznych umysłów, zmieniła to wszystko na gorsze, tamto zostało, doszły jeszcze ideologie; niczego dobrego to nie wróży.
Mąż pani Kle, ciężko chory (anegrysma verum), blady, o oczach strwożonych, chudy już bardzo — coraz bardziej zwężona możność przełykania pokarmów — namiętnie dowodził, królewiak z pochodzenia, że Rosja musi wygrać,
a pan Kalina — astmatyk zasuszony, z wąsami wypomadowanymi na szydło — palce, wskazujący i środkowy, kciuki też, u obu rąk, żółte, nanikotynowane, palił namiętnie kręcone, grube papierosy, bibułki „Club“, tytoń „siedemnastka“; kaszlał potwor-