Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/255

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— za miesiąc —
Natychmiast uwierzył, że naprawdę pojedzie. I ta pewność poskutkowała. Sygestia uspokoiła ją; bardzo zresztą pragnęła tego uspokojenia.
— więc kogucik nie jest mydłek — ? — Zdziwił się usłyszawszy to nieprawdopodobne słowo w jej ustach — a że się już uśmiechała — rzeki ponuro w przestrzeń bez granic:
— jakżebym w tym opustoszałym domu, bez ciebie — bez ciebie —
— Cyprjanku —
W altanie zmierzch układał się do nocnego snu. Od strony lamusa począł się sączyć cichy lecz wyraźny szmer, jak gdyby olbrzymi ślimak posuwał się żwirową drogą. Okno w „paprotce“, które stąd było widać już od chwili rozświetlone — nagle zgasło jakby je kto zdmuchnął, lub jakby było okiem, które nakryła powieka.
Dreszcz przesunął się przez plecy Wisi.
— chodźmy już; zimno —
W tej chwili szmer ustał. Gdy wchodzili do domu, zaśmiał się ze szczytu wiązu lelek.
— co to? — zapytała Wisia —
— lelek —
(— znów ptak; — wogóle z tego okresu, sumuje Cyprjan, same głupstwa utrwaliły się w pamięci; takie jakieś powiedzenia od siedmiu boleści i ósmego smutku; nonsensy; — a jednak — — to już jest czarodziejska właściwość słów! — — te nonsensy były skuteczne; na krótko, ale były —)
Po wyjeździe państwa Krotowskich, wyjeździe wysoko spiętrzonym złowrogą ilością tobołów —