Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kanie na wakacje — — okropna to przeszkoda w tych letnich miesiącach — — tyle obcych ludzi — — cóż jednak robić — „trzeba żyć“ — dwie partie w tym roku — lecz teraz to już i tak niema znaczenia —)
— no to razem jedziemy —
— szczęśliwie się składa —
— bardzo — rzeczywiście — Usadowili się; jadą.
Ćma — wicher — grzmoty — w błyskawicach rozświetlają się nagle i jaskrawo widma drzew i chałup — a potem jeszcze ciemniej; czarno.
Jadą w tę jaskiniową noc, pierwszą straszną noc z tysiąca pięciuset nocy, tętniącą galopem czwórki strasznych upiorów — — dookoła widnokręgiem dudnią kopyta — coraz większe zataczają koła, półkuli ziemskiej tym dookolnym pędem wyznaczyli —: tu mieszka wojna, tu mór, tu głód, tu śmierć — — straszliwe gospodarstwo.
A tych dwu, odbitych od gromady wraca — tym szlakiem od zaśmieconego majdanu bezużytecznej już stacji — do domu, jeszcze do domu, do siebie. Szkapina wlecze za sobą wózek — z wysiłkiem i ciężkim zadychem — kilometr za kilometrem — — godziny gęste i grząskie jak smoła.
— panowie (— odwraca się chłop do tych na tylnym, zwichrzonym słomą strzęsioną, siedzeniu — — panowie, cosik będzie niedobrego z tego —
— a cożby dobrego miało być — ? — to sie wi —
— panowie, cołkowicie źle będzie, bierom chłopów, wszystkich zwołujom, straśno będzie wojna, norodu, a norodu wybijom, w chałpach nie bedzie co