Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/226

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


trochę zwyczajnie „po polsku“, nic tak cięgiem „w powietrzu“. Egzotyczność też!
Z tą piękną murzynką to było w r. 1914-tym, w lipcu, już po zamordowaniu Ferdynanda w Sarajewie, tuż przed rozpętaniem się traszliwym wielkiej wojny. Wtedy to właśnie z tą murzynką, proszę. I tu rozpoczęła się odrazu dwutorowa historia: nowego elementu w starym; jasnym więc, że bez kalafutryn obejść się nie mogło żadną miarą; to się nie zdarza; za dobrze by było!
Z resztą to już tak — — — — — — — — — — — — — — — —
Cyprjan Fałn zasnął o przedszarzeniu świtowym — co w porze wczesno wiosennej, w mieście, w murach wysokich i klasztornie grubych ma swoje znaczenie, wymowę dotkliwą; to nie przelewki dla organizmu nerwicami smaganego. Zasnął więc chyba nie wiele przed szóstą; coś około tego, bo w pierwszy z brzegu sen wblaszaniło się to obmierzłe śniadaniowe krzątanie.
Spał już jak mysz na pudle aż do wizyty lekarskiej.
Zbudził się nieswój, z bólem głowy, zamilkły, zły.
Z niesmakiem prawie, a już zgoła bez entuzjazmu przypomniał sobie, że go ta Kle („ta Kle“ myślał teraz) pieściła raz nawet (do czego to po; dobne!) przy córkach — pokój był coprawda rozległy — Krysia i Genia na jednym krańcu przeglądają albumy — zadudrane w tym zajęciu — ale czy całkiem? — Krysia to tam nic — ale ta Genia, odęta, brzydka, żółta, z wysuniętemi szczękami — niepo-