Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/225

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


księgi — papier w niej gruby był, rysunkowy, i w taki też papier oprawna: „biała księga“.
Była jego — zgódźmy się — jedyną czytelniczką i była jego muzą; — no — bo — oczywiście — było tam i sporo wierszy w tece o niej. Ten podatek spłacał zawsze rzetelnie. Lecz to fraszka! — Ważniejsza rzecz: z czym się spoiła w nim, czym zaznaczyła się jej bytność obok niego? — oto: zdobyciem wysokiego kunsztu zimnej poetyki i — a tu jest sedno zagadnienia! — odrzuceniem tej całej żmudnej wypracowanej zdobyczy, jako balastu nieznośnie krępującego — i przejściem na zupełne (znów krańcowość!) obluzowanie formalne, na syntetyczne skróty, na poetycki (instynktowny!) bełkot, w którym znakowania miały swoistą i dalekonośną (tak mu się wtedy wydawało) wymowę i treść. Teraz pomysły, oszlifowane już do siódmej skóry i siódmego potu, przerabiał na nowo: rozbijał, skracał, zarwał i uniezrozumialał: niezrozumialstwo zamierzone miało sugerować tajemniczość „bytu“. Znamy to.
Wtedy się ekspresje zaczęły, a dopełniły znacznie później.
Bo tymczasem — —
Trzy lata trwała ta miłość pani Kle i Cyprjana niepodzielnie; — kilka razy zachodził, to prawda, z kolegami na dziewki, ale tylko tak na gapę. Raz jeden jednak — w Dreźnie to było w sławnych zamtuzach i tawernach Frohngassc — złakomił się na murzynkę (— nawet się to przez towarzysza paplę wnet wydało, z czego brewerie były opętane; wielki raban) — lecz to dlatego tylko, żeby choć