Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A w głębinie gęstej myśli wciąż huczy, żeby się tu co nie przemieniło, co byłoby nierozumne i jeszcze bardziej bez sensu; głupstwo po prostu.
Nato ona, że ona się namyśli — ji, ji — odpowie wnet postkartą —
— a płrroszę pana nabiał ji jarzyny — ? —
— owszem na miejscu, we wsi, albo — —
— ile więc łrrubli to jest kołrron za sezon — ? —
To już najgłupsze z wszystkiego —
Ustalili. Wreszcie.
Spisali kilka słów tej umowy, przy biurku.
— jaki śliczny ekłrrituałrr — zauważyła uprzejmie; — to był kałamarz z orłem napoleńskim na pokrywie — rezerwoar w formie zdobionej kuli podtrzymywały trzy amorki, z których każdy miał jedną lwią łapę; barok niby — taki zapóźniony, porokokowy, proszę, barok; możecie sobie wyobrazić.
Na odchodne powiedziała:
— bałrrdzo się bałam tej eskapady, a to spotkanie taki miły ewenement — adje, adje —
Oczy zapłoszyły się jej do reszty. Wyfrunęła na rozwianym płaszczu.
No a potem w odpowiedniej porze sprowadziła się wraz z tymi zapowiedzianymi córkami Krysią i Genią; obie brzydkie; niezgrabne i niezręczne.
A tu zaraz trzeba powiedzieć, odrazu, — ta pani Kle: fanatyczka poezji; ach! jaka fanatyczka! — miała, oto w czym rzecz, siostrę, pani Kle, która komponowała wiersze, drukowała je nawet, a tak, drukowała w „Różach“ drukowała; było to takie pismo; dawno, dawno temu; siostra ta umarła młodo — lecz podziw dla niej pozostał i ustalił się w kul-