Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


piania obskurniejsza niż zaciek psich sikowin, niż owa atramentowa w diabła rzucona —
— pani Kle — ratuj! — pani Kle ratuj! —
Rozprysły się strzygi — została ta wołana dusząca zmora: mówi:
— i ja cię nie będę ratować — choć byłeś dla mnie wszystkim — jak zapewne i dla nich — dla tych sojuszniczek moich — — i ja jestem zasuszonym kwiatem; przeźroczystym już i nie anemicznym nawet; jestem już tylko martwą blaszką listka wśród suchych, kruchych żyłek; szkielet zieleni! wspomnienie! — A przecież przyszłam w porę, gdy na wilgotnych spłachciach podleśnych kwitły soczyste, tłuste kaczeńce — — masło z nich jest żółte, pachnie wiosną — —
— tak; to było w roku .... lękam się dat jak kochanki metryk ... no więc dwadzieścia i pięć lat temu... za miesiąc czy półtora pełnych dwadzieścia pięć lat — — — — — —

Bieda gniotła wtedy znaczna; trzeba było wynająć letnikom dwa pokoje w tym rozsiadłym, drewnianym domu — dwa pokoje jako tako wyrepecone: żeby coś tego grosza. W kwietniowy dzień — akurat w kwietniu — pod sam koniec kwietnia... Zgłasza się taka jedna dama w kapeluszu szerokorondowym, owocześnie modnym, podwiązanym szerokim szalem: olbrzymi motyl z tego tjulu czy jakiegoś-czegoś pod brodą; — to się pierwsze rzucało w pamięć, na kliszę pamiętliwą; — a potem zaraz: oczy; ładne, inteligentne, lecz wylęknione i jakby wiecznie zdziwione; nos doniczego; wcale nie nos; coś takiego małego,