Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się tak po tych salach udręczy i uczłapie dziewczynisko blade z podkrążonymi ślepiami, udrepcze do opuchnięcia nóg, ciężą też te konwie od kolan po stopy; — no i te zajęcia w zaduchu, w wyziewach, w zabakteryjnionym powietrzu — baseny, lewa» tywy — nibyto jak każda inna robota — a jednak! — I ciągłe krzyki, zagonienia, wrzask — chorzy zdenerwowani, lekarze zdenerwowani — tu — tam — halo — prędzej — sto diabłów — gdzież tam tkwisz — do cholery — — roztroić by się trzeba i takby nie starczyło; — stąd też ciągłe niezadowolenie przełożonych — każdy tu jest przełożonym; stąd i dysgust zupełny, bezradosna apatia, odrętwienie i żałość. Wynagrodzenie? — ano tej samej maści, do koloru wszystko.
— zgadza się, panie Tadeuszu, zdawało mi się, że pan, swoim systemem, nazbyt agitacyjnym to traktuje, ale nie, wszystko prawda — nędza i niesprawiedliwość i wyzysk zwyczajny — jest tak jak pan mówił, jak pan to tak na blado mówił, z tym swoim uśmiechem, tak niezdecydowanie stojąc na, skośnie do siebie palcami ustawionych, stopach — —
— pan jest fotograf, pan ma lejkę w oczach; a co do tego: zwołać miting! tylko! — gdyby pan przemówił — tłumy przyjdą — i przeprowadzi się rezolucje we wszystkich miastach — to jedyna taktyka! — Wyślinił te słowa; wargi wilgotne, w kącikach nieco piany; i ten wieczny, przyrodzony uśmiech.
Włodek już chrapał; ciągle jeszcze tak choro — to niedogojone miejsce po sondzie. Więc cicho — cccyt —
Naszeptali jeszcze sporo obelżywych słów o