Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dualnym Powrócił zubożony o całą misternie tkaną sieć pajęczą wiary w osobowość; bogatszy o cały przepych jednej we wszystkim żądzy; — myśl zanotowała szybko: tu sens i treść walki o zbiorowość! o rytm zbiorowej pracy; o jej zwycięstwo; — a jednostka? — nie mówmy teraz o tym; jeszcze to za świeże, za bolesne.
Cyprjan siedzi na ceratowej kanapie — obok stoi doktór Oborski — trzyma go za ręce; za obie; mocno.
— przytrzymuje mnie pan? — dziękuję, byłbym spadł —
— ech poeto, poeto —
— słusznie, słusznie — lecz...
— teraz pan wie co to za sens ta...
(jaka ożywcza brutalność! — psycholog! — psychiatra! —)
— to też słusznie —
Oszołomiona myśl chce się zratować przed ponownym upadkiem; jaskrawe słowo doktora jest jak pas ratunkowy — nagła, ozdrowieńcza żądza nasuwa wyobrażenie niewieścich pośladków, tych wspaniałych półkolistych figur geometrycznych, przedzielonych mądrze i nieomylnie odurzająco sprawną linią. Nieomal czuje na twarzy ich miękkość i gładkość niezrównaną; — rozumie, raz pierwszy rozumie i wie czym to jest; — nie pięknem! więcej! — Kallipigos — zapewne; — lecz nazwać to „więcej“ nie pozwala bezradność i bezwład mowy; ta sprawa rozgrywa się w wymiarze przedsłownym, w bełkocie i geście, w tańcu; — — rzekł:
— teatrum orbis terrarum —