Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czerwonym, rozżarzonym żelaziwie z gniewnym sykiem hartującym się w wodzie — wydał się małym Hefaistosem, kowalem olimpijskich bogów; — huk, stuk, rytm; praca, praca —

Resztę — uciekających w bezdenne mijanie — dźwięków i zdarzeń — dognał nagły sen.

Cyprjan zasnął — a był już listopad; zimny, rozchlapany; obelżywy; zdatny, aby wyjść na rostaj glinianych kolein — najeżyć sierść i wyć —
W chacie mroczno i duszno. Marysia dogorywała; zapalenie płuc; lekarz był — i przed księdzem był — nad wsiowy zwyk — ale nikt i nic tu już pomóc nie mogło.
Przed skonaniem odzyskała przytomność; podali sobie ręce —
— chłopcysko ty moje (— nie „po pańsku“ po chłopsku mówiła; od czasu gdy tu na tę wieś przyjechali; a teraz to już mus tak mówić — chwila poważna) — łostanies som, a dobrze nom było ze sobom, prowda? — straśniek cie rada miała — ka ino i w tym coś pisoł i w tym coś ze mnom społ — obadwa jednako; zol mi straśnie, ze cie muse łodyjś —
— Maryś! —
— Cyprjonie — łodyjdem cie; cóż robić; nie poradzemy; kwilke sie ta pożolis, a potem se ta nojdzies miejskom pannę — byś ta z chłopkom i tak nie wytrzymoł do końca życia — — zegnojze mi — byłak zawdy przy tobie scęśliwo — tyk porę miesiency — cekoj, poznalimy sie przed godami — ja,