Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jasna — do teatru na Lilię Wenedę z Wysocką i Solską; Antoś wytrzasnął bilety; gratka.
— pójdę, bo obiecałem, lecz wrócę około jedynastej — — Maryś kochana, Maryś —
— no co — ? —
— przyjdź dziś do mnie —
— po co? — mało ci dnia całego — ? —
— mało — dzień jest tak krótki —
— myślisz, że noc dłuższa — ? —
— dłuższa nie dłuższa, ale razem z dniem to już coś —
— a jakby ktoś usłyszał —
— kto? — pani pojechała, a pan zaśnie, nareszcie będzie się mógł wyspać spokojnie —
— nie pleć pleciugo — wstydziłbyś się —
— ja się też wstydzę; — Maryś! — no dobrze? —
— dobrze —; przytaknęła szeptem i zaraz podała mu usta — zawsze wilgotne.
Już o tym więcej nie mówili; oczy ich mijały się w drodze — były zalęknione i zakłopotane.
Lecz potem to już tej jedynastej doczekać się nie mógł.
Był to w życiu Cyprjana osobliwie fobijny okres. Zwłaszcza w teatrze napadały go przeraźliwości, myśli złowrogie i tragiczne. — Zaraz po dzwonkach i po gongu, gdy tylko podniosła się kurtyna — zwalały się zewsząd napastliwe i nużące zwidzenia; wydawało mu się, że na całej widowni w parterze i w lożach dookoła aż po stromą galerię siedzą same kościaki, kościotrupy, umarlaki i przypatrują się temu jednemu wykrojowi prostokątnemu życia: