Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Popatrzyła na niego zielono i uśmiechnęła się.
Pochylił się ku niej i poprzez tę miskę z oskrobinarni ucałował jej soczyste, smaczne usta; trzymała w jednej ręce nadskrobany ziemniak ze zwisającą obierką, w drugiej nóż — — pocałunek oddała namiętnie — — gdy się od jej warg oderwał — powiedziała: — jeszcze —
Wokoło i w nich było cicho jak w niedzielę na wsi; tylko muchy, których w kuchni jest zawsze sporo — przelatywały z jękliwym bzykiem z ziemniaków na ciasto, z pieca na sufit —
Rozpoczęło się życie! — Żyjemy bowiem naprawdę tylko wtedy, gdy kochamy; to jest pełnia życia; jedyna; i obojętne i niewieleważne, czy kochamy długo, czy krótko — nie czas tu rozstrzyga lecz siła namiętności — prześwietlenie rozdrgane.
Teraz już bez przerwy byli z sobą.
Chwile wolne od zajęć — niedziele więc — były zapatrzonym w siebie mijaniem ulic, domów, ludzi, błoń, deptaków, ogrodów, parków, czasu i siebie.
W niezapomniany dzień pierwszego maja — szli w wielkim pochodzie pod czerwonym sztandarem związków i czytelń z Krowodrza — z czerwonymi goździkami szli, wtuleni w siebie; śpiewali „czerwony sztandar“ i „cześć wam panowie“. Marysia radosna, uśmiechnięta — wygrażała pięścią ku oknom i balkonom zapchanym mieszczańskimi lafiryndami i gogusiami — śmiała się i darła w niebogłosy: „sędziami wówczas będziem my!“. — Pod pomnikiem Mickiewicza przemówił do olbrzymiej, do swej rzeszy ów wspaniały mąż, wielki trybun ludowy, brukujący drogi i kujący gościniec do Pol-