Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ka — bez gwałtowniejszej potrzeby i bez przygniatającego poczucia grzechu — ot tak na wiwat! — nie chciało mu się zresztą przysunąć do żony chudej i amfibicznej, chrapiącej ostro w tej chwili, co do reszty odebrało mu na nią chętkę, jeśli ją wogóle miał. — Momenty upojenia i ukojenia mijały jak wszystko na świecie — i znów którejś nocy budziły go ze smacznego, monopolowego snu, trwożące, nie delikatne trąbienia surm archanielskich, nawołujących na sąd ostateczny. Nie, spokoju to już tu człowiek dużo na tej ziemi nie zazna! A poza ziemią? — też nic nie wiadomo; — tragedia istna!!
Tak to więc, jak się rzekło, nie z przyczyn medycznych odwiedzał i dziś odwiedził Cyprjana dr Paweł Szpasio — lecz raczej i wyłącznie z ukrytych pobudek mętnie uświadomionego apostolstwa; marzył o nawróceniu tego grzesznego człowieka, firmanta (jak się wyrażał) radykalizmu, otumanionego przez mafię żydowskiej międzynarodówki i masonerii, żyjącego po świńsku bo bez obecności łaski poświęcającej. — Nie dowierzał zbyt w swoje siły i sprawność dialektyczną, brak mu też było owej płomiennej żarliwości świętych misjonarzy z Kamerunu, Sumatry czy Borneo, których wzrok przemienia pogan w chrześcijan, a słowa ich są jak ogień niszczący i wypalający grzechy; — dr Paweł lubił przecież popić, i dziś też kropnął kilka wyborowych na kuraż — a to żadną miarą nie sprzyja ekstazie i duch święty z natury swej omija miejsca, z których unosi się błękitnawy płomyk konkurencyjnego spirytusu — lecz wierzył dr Szpasio w opatrzność boską, która może się posłużyć maleńką muszką, aby zabić słonia; co