Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skiego“ synonim wiedzy poetyckiej w tym okresie — nudziła go rzetelnie; czytywał dużo bez wyboru jednak, byle co, byle jak. O ile Mikołaj Srebrempisany uchodził za „poetę“ w klasach wyższych — Cyprjan był w tym czasie organizatorem zabaw, wycieczek i wszelkich hec szkolnych. Bimbał z poezji i Mikołaja miał za psią pętelkę; wydawały mu się te młodzieńcze rozmarzenia i roztęsknienia (roztkliwienia) głupstwem wierutnem; miał „realne spojrzenie“ na „świat“. — Okres pokwitania przeszedł względnie spokojnie — krótkotrwała, zastępcza onania; bez znaczenia; zdrowa raczej; minęła bez depresji i charakterystycznych omroczeń. Niezwykła bądźcobądź bujność jego natury znachodziła łatwe ujście w forsownych wycieczkach, mocowaniach się, tańcu, awanturach psotnego raczej niż innego autoramentu.
Tak doszedł do lat dziewiętnastu.
Aż tu nagle, istotnie nagle — : muza!
Pierwszy raz spotkał ją w odległej od miasta miejscowości — późnym wieczorem. Ponowek przebłyskiwał przez czuby sosnowego lasu: katedralnie więc i srebrnie-witrażowo. Natknął się na nią pobok glinianej, wąskiej, polnej drogi przy opuszczonej cegielni. W matowym mroku rozliczne szopy, budy, baraki, napół rozwalony komin — miały pozór fantastycznych ruin; nawet powiedzmy, poniekąd romantycznie; owszem. Siedziała wsparta na rękach w tył wyciągniętych — głowa dotykała olbrzymiego, kaducznie wypruchniałego pnia wierzby; na psa urok z taką wierzbą. — Cyprjan wracał z wycieczki. Pogwizdywał sobie