Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/097

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


też istotnie — trudno o asocjacje głupsze! — akurat teraz się przypomina — kto to powiedział — zaraz, zaraz — nie, nie pamięta, — że stosunek pł-cio-wy z matką dzieci własnych to kazirodztwo; coś w tem, jakoby jest; w tem też właśnie, jakoby jakiś — urok? — nie, zawiele, jakiś smak ostry, rokfordyczny; — rikoszet kompleksu edypicznego — — po odrzuceniu dwu pierwszych zgłosek zakalamburza się wszystko doszczętnie; wogóle bałagan; więc powiedzmy — niech nas nie kusi (też jakieś dziwne słowo) : edypowego; „powego“ już nic nie znaczy, cóż tam „powego“; głupstwo.
Zna Cyprjan te płaskie rozwałęsania myślowe, poprzedzające ześrodkowanie tematowe — jednotorowość konstrukcji wyobrażeniowej; coś jak strojenie instrumentów przed symfonią; regulowanie fałszów.
Spokojnie — spokojnie — — no już! — dzwonki — gong — : — pierwsza kobieta; no tak, to było na dojrzeniu, na przedźrałości; matura, ta właściwa matura. A była to ta sama, o której wspominał Mikołaj Srebrempisany; kolegowałem z tym skrytym szaleńcem, z tą bladą, niską, niepokojącą postacią; od szóstej przez trzy lata kolegowałem, w tem samem gimnazjum, w tem samem miasteczku jego królewskiej mości, sławnem dziś w Rzeczypospolitej i za jej granicami, tak dokładnie przecież skompromitowanem przez figle fantastycznie ograniczonego księdza Pyłka; ćwok; gdy się mówi Wołkowice, to już wiadomo o co idzie; Pyłek! — — Więc wszystko tosamo — no, i tasama Balbina! — et, nabreszyłeś, kolego! — bo to i żadna symboliczna