Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chodzę! zwariować można! — a tyle wtedy spałem co w dzień, w lazarecie —
— nimfomania —
— et, słowo tylko, nic więcej! żebyście ją widzieli: zrównoważona, wyniosła, chłodna; — swoją drogą ta przygoda pchnęła mnie na medycynę, na ginekologię — taką we mnie ciekawość posiała —
Cudują się, ale po lekarsku, zblazowanie. Maas dochodzi do głosu:
— zanadto ten Władzio Orkan pił; okropnie; — do córki przychodził z wódką i winem — posiedział przy niej z godzinę, dwie — bardzo ją kochał — za ręce cały czas trzymał; — a potem, blady, do mnie na ucho „gdzieby tu można?“ — „co?“ — „no, usiądźmy sobie gdzie“ — tośmy do gabinetu weszli, my, i kto się tam trafił — i truliśmy do północy nieraz; rozwodził się nad córką, płakał, — potem zaczął opowiadać i po góralsku zaraz, zaćmiewało go prędko, przyśpiewywał; często-gęsto tak bywało; wjeżdżał, przyjeżdżał, aż... ten nieszczęsny telegram, który go dobił... ona nic nie wiedziała, że ojciec umarł, kryliśmy przed bidulą — bo to i tak z nią ku końcowi się miało — w kilka tygodni po-szła! —
I znów te papierosiska Eilperowe ćmią — bon-ton — ksanti — w pokoju dymno jak na mokradłach rankami we wrześniu bywa.
Zasiedzieli się.
Już trzecia. Pukanie. Wchodzi żona; — zerwali się dżentelmeni — w rękę całują; przysuwają krzesła; — że tak ta gawęda miła, mówią, no i męża zdrowego pani do domu zabierze; odpowiada: „właśnie“ — cieszą się więc tam wspólnie, ale, że się zasiedzieli,