Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jak z jajkiem; łatwo wpada w furię; — pozatem chłop dobry z kościami.
— tez pięknie, ale możebyście tak ępesik zmienili temat — mówmy o dziewczynach — wszystko takie na tych salach — a tu osobliwie: intelektualiści! — wyposzczone — każdy nato jak kot na szperkę — — miałem raz taką wiecie jedną w Wiedniu, sakra —
Ester wyświstuje walca.
Oborski ciągnie dalej:
— a to było jak mnie z frontu do szpitala wysyłali; staliśmy wtedy niedaleko watahy Bałachowicza. Spokój na froncie, od dwu dni ani strzału, ani nic; — wybrałem się do Bałachowiczan na lumpkę; jestem — pijemy jak cholera — mordy, wiecie, zakazane, wąsy do góry, na dół, tak i tak, mundury międzynarodowe — ale chłopy z wiary, fantazja pieronska u nich! — Ktoś tam raz późną nocą w zagazowaną gromadę rzucił bacznie-niebacznie: wartoby na mocha — tak-tu próżnujemy, to nie jest życie taka wojna; — od słowa do słowa — serdeńko, rybeńko — na konie! — mnie dali jakąś czarną przecherę — walimy jak odmieńcy, ino wiater świszczę — stój! — cicho — — a co? — okopy mochów! — Mieli wiecie kupę granatów ręcznych — masz i ty! —, że się to w tej galopadzie nie rozpukło i nie porozrywało nas w strzępy — dziw to czysty; — forwerc! brzuchem do ziemi — czołgiem — a mordy na guzik — gębę ino otwierać, żeby ani sapnięcia! — czołgam się więc — dwa granaty mam, ciemno — smoła — nie widzę nic — woda paruje ze łba — mgła — — w tem coś mi się zdaje — stoi ktoś, czy coś — coś się wogóle