Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


w kitlu białym; narobił zamieszania oczywiście. Cały pokój był właściwie zawieruszony pod rozwianemi połami lekarskiego płaszcza — trudno było w pewnym zwichrzonym i fałdzistym momencie odnaleść seperatkę i zeskładać należycie — rozpadła się i potoczyła jak klockowa budowla dziecinna. To — tam, a to — tu, i żeby ten stół z lekarstwami stąd w tamten kąt odsunąć, przestawić, i tu żeby było wolne miejsce, no, teraz już lepiej i przestroniej, tylko to jeszcze; — profesor będzie o jedenastej; otworzyć okno; cóż za zaduch; przewietrzyć! Nowiny: ten samobójca wyjdzie — iks litrów słonej wody pod skórę, to trza wtłaczać, ciśnienie musi być; — ona? — agonia; nie! skądże! jutro? — mowy niema! nie, nie — dziś napewno, kwestia godzin; doktór Oborski sprzecza się, że do wieczora, a ja mówię: południa nie doczeka; puls nitkowy — szkoda mówić wogóle. —
Panna Zosia, pielęgniarka; posprzątała; jak codzień; skrupulatniej może, bo profesor. Siostra Matylda, chuda i koścista, wpisywała w rubrykę na przygłówku: — było wypróżnienie? kółko; nie było? — kreska; Tadeusz podał, że cztery razy wczoraj; — pokiwała głową; a co jadł? — coby, wątrobę. Wątrobę? i tyle razy? ciekawe, no-no —
Włodek się też zainteresował: — cztery razy pan wczoraj fajdał? heca! — To pan tę całą trupkę?— to tak jak w tym wierszu: cała nasza praca... Pochwili sam zaźlamdał: — panno Zosiu! basenik, dobrze? — A po chwili marzycielsko: — dziś sobie zjem awanturkę —