Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/026

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


to i dobrze, że są takie z krwi i ciała i mają to wszystko co kobieta mieć powinna od stóp do głów —: Muzy, które można posiadać — tym przeświadczeniem realnieje wszystko jawnie i przesuwa się jak platforma na gumowych kołach miękko i cicho ku granicy tak zwanej rzeczywistości — z platformy tej, posuwającej się łagodnie, bez wstrząsów, napowietrznie prawie — widać litewski krajobraz kładący się pod skanzję słów: „kobieto puchu marny, ty wietrzna istoto“... kto to mówi? — czyżby ten święty rycerz zabijający smoka... stoi tu na ostatnim zakręcie... platforma mija go płynnie i gładko — a teraz, teraz to już wiadomo, że ten doktór wykropkowany to jest Bychowski (Gustaw) a ten profesor to Kowalski (Jerzy!!) — i Bychowski pokazuje te obrazy malowane przez wariatów (któryż z nich malował Muzy? — powiedz, panie doktorze!!), a Kowalski, profesor kultury klasycznej, jest promotorem wizji buków z erotycznymi napisami i tych (a więc to on?) Muza-girls — no, to przynajmniej wiadomo! — Lecz natychmiast po tym stwierdzeniu już znów nic nie wiadomo — cały pierwszy plan odpomnianego snu pokrywa się bujną zielenią — po liściach i gałązkach, nie uginając ich wcale, bez ciała i bez kości, z wyobrażenia na prędce sklecony — stąpa hinduski fakir — blady, z czarną brodą po pas — wywraca oczami tak, że tylko białka bielą się nieprzyjemnie — gra na flecie — długie, samożywe palce przebierają zwinnie i prędko — skąd tu ten fakir? — no oczywiście pomyłka — to chrabąszcz uśpiony pod szerokim liściem klonu — chrabąszcz wyjątkowo czarny — na każdej łusce skrzydła lśni jak błękit-