Przejdź do zawartości

Strona:Zegadłowicz Emil - Ballada o świątkarzu.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

w sławnych majstrów dziele —
prawdziwszy bo boleścią widziany i męką
po ludzku po człowieczu skumany z udręką
zapoznany od mała z mozołem i trudem
jeden z sercem strwożonem i jeden z swym ludem —

Chrystus co z każdem dzieckiem na ten świat przychodzi
co z każdej łzy przelanej na nowo się rodzi —
wolej niźli w posągów marmurowych wiela
w tego koślawca z lipy wklina się i wciela —
wolej niźli się hołdzić w złocistym posągu
swe umęczenie wieczne zjawić w tym koślągu
— by nędzarza pokrzepić w racji najpewniejszej:
wszakżem ja Bóg a jeszcze od ciebie nędzniejszy — —
— — — — — — — — —
kapliczki uwieńczone
jakby na wesele
Bóg swe serce człowieczy
w drzewinowem ciele
— — — — — — — — —
— — zasnął Wowro strudzony świątobliwą pracą —
ten snycerz nieuczony to boże ladaco
zwiesił głowę strzechatą nad krawędzią stołu
— na chwilę twardym dłoniom poskąpił mozołu
a Chrystus frasobliwy za oknem stojący
nakazał palcem ciszę ciżbie stróżującej
a sam miarkując kroki by wejść bez stukotu
przymknął się do śpiącego i do jego potu