Strona:Zbigniew Uniłowski - Pamiętnik morski.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ki do lądawania. Jest to przyczyna mego niepokoju, jeśli chodzi o małe koty, bo skaczą na te liny i drapią się wgórę, a wiatr i chwiejba porusza je tuż nad morzem. Wpadnie jeszcze kiedy który — chybabym się zamartwił. Te małe, naładowane żywotnością kłębuszki potrafią człowieka wyrwać z najgłębszej depresji. Nawet kapitan, — człowiek który zwierząt nie lubi — adoruje kotki. A więc po pracy to jest moja rozrywka.
Jestem niby zdrów i rzeźki, bo żyje się przecież dość regularnie, ale często nachodzą mnie myśli przykre i pełne zwątpienia. Stwarza to monotonja życia. Wpatruję się w ciężko zapracowane, wiecznie to samo dziwne morze! Wcale nie czuję perspektywy, poprostu mozolne przewalanie się zwałów wody przytłacza i dziwnie zasmuca. Właśnie dzisiaj zdarzyło mi się ujrzeć coś co silnie podkreśliło powolność i jednostajność naszego życia na „Oriencie“. Leżałem akurat na rufie i próżniaczo rozglądałem się po niebie, kiedy nagle pojawił się tam podłużny punkcik, srebrzący się na obu końcach. Okrzyki marynarzy i poruszenie na pokładzie brzmiały