Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/241

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Staruszek Amilkar jest już doprawdy do niczego; — przykro patrzeć, jak trzęsie się bezustanku, popychany przez wnuków, łajany przez swoje własne dzieci i upominany przez swych rześkich jeszcze rówieśników. — Bo staruszek Amilkar nie jest jeszcze — w gruncie rzeczy — taki stary, ot, poprostu żył sobie, — że tak powiemy — zbyt intensywnie, za szybko, — chciał przegonić swoje lata i oto stanął w połowie życia, tak coś przy pięćdziesiątce, raczej nie stanął zupełnie, a wlókł się. — I w rodzinie nazywano go: „ten stary łajdak, co zmarnował nasz majątek“.
Takiego to, — los wypłatał staruszkowi Amilkarowi — figlasa. Zamiast cieszyć się poważaniem rodziny i szacunkiem bliźnich, zbierać — że się tak powie — śmietankę z życia, siedzi oto na koślawym taburecie, w wielkiej kuchni nad glinianą miską i trzęsącemi się rękoma łuszcze groch, — a wesoła Kleopatja, zbierając fusy z rosołu, opowiada: — Żeby pan widział jak te wyciruchy — te obieżyświaty szwindrają się po mieście, — Panie