Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A on tylko, „A“, i nic więcej, ta tylko żałosna pierwsza z abecadła.
— Co pan taki mętny dzisiaj? — pytam pusto.
— A... cholera!
— Co, chory?
— A, człowiek to tak się czasem wygłupi, że już nie wiem...
— Gadaj pan z sensem! — ryknąłem.
— A... I westchnął rozdzierająco, poczem opuścił nogi na podłogę i siedział na łóżku kilka minut, w długich kalesonach z tasiemkami i flanelowej koszuli w błękitno­‑żółtą kratę. Wyglądał jak żebrak indyjski. Włosy sterczały mu jak wiecheć siana, tylko oblać naftą i podpalić. Stanął wreszcie, przeciągnął się, zaraz też zrobiło się ciasno i duszno, więc wyszedłem myć się przed dom.
Tutaj w słońcu, na samym środku zajezdnego placyku stały na cienkich nóżkach dwa zamartwione konie ze zwieszonemi łbami, krzątał się koło nich gibki mężczyzna, przelazł pod ich brzuchami, ściągnął popręg jednemu, stęknął głęboko, drugiemu coś tam poprawił i wesoło zapytał mnie, za czem się rozglądam? Odpowiedziałem, że za studnią. Kazał mi chwilę zaczekać i obiecał przynieść wody. Chód jego był tak elastyczny, że nawet cień zdawał się kurczyć i rozciągać. Lekko przeskoczył drewniany płot i pochylony, znikł w zaroślach. Zdawał się być uosobieniem sprytu i przemyślności, a wyraz jego twarzy posiadał przyjemną zagadkowość.
Tymczasem na placyku robiło się coraz skwarniej, a jego pustka, senne koniska i dookolne kłęby zarośli podkreślały charakter tej samotni. Stałem nieruchomo z rękami w kieszeniach spodni i poprzez bezmyślną moją zadumę przedzierało się zaciekawienie dalszą podróżą. Dziś naprzykład po raz pierwszy od chwili wyjazdu z Kurytyby mieliśmy w dalszą drogę wyruszyć na koniach. Rumaki te zdawały się oczekiwać na małą tylko zachętę, aby legnąć na ziemi w błogiej drzemce. Jakieś muszki