Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— „Zamknij lepiej gębę! Konsula mamy to i bandera jest: białe z czerwonem, głupi Hryciu!“ — A Pałakić na to: „Ot mi konsul! szikotami oprali wam pyski benżaminy, a tak wasz konsul banderowy siedzi cicho w Kurytybie i kułak ssie!“ — Dopieroż jak go na to syn Kotusa nie praśnie przez gębę, to Pałakić przycichł, gębę utarł, pogroził i poszedł, bo naszych było więcej. Ale że oto człowiek musi wysłuchiwać co taka swołocz wygaduje, to już doprawdy wstyd.
Całe to opowiadanie osnuło nas oćmą posępnej nudy. Jeszcze raz napomknął o fazenderze Niemcu. Czuło się w słowach Seniuka wstyd w związku z hańbą jego syna i własną bezradnością. Różnie jeszcze pogadywali Seniuk i Kędzierski, czasem Grzeszczeszyn wtrącił coś w swoim stylu, ale było nudno a także wódka i suty posiłek odurzyły nas i rozprażyły. Siedzieliśmy objedzeni i porozwalani przy stole, kopciliśmy tytoń.
Zrobiło się późno, nasłuchałem się rozmaitości, jakoś to mnie otumaniło, przytem widziałem przez uchylone drzwi posłane łóżko w pokoju obok, więc wstałem, serdecznie się z zaszczutym przez los Kędzierskim i z zwięrzęcą uciechą, omal nie skowycząc z zadowolenia, wpełzłem do łóżka. Pościel pachniała miodem i wilgocią. Usypiałem w niejasnem poczuciu, że ta podróż zaczyna nabierać istotnego znaczenia, że na tle tej sennej gęstwy brazylijskiej zarysowuje się człowiek i jego sprawy.
Grzeszczeszyn jest jakiś nieswój tego ranka. Jego nijakie oczy produkują powłóczysty smutek, lękliwą powagę. Wzułem już buty, tupię niemi, żwawo się krzątam, nucę coś i pokasłuję energicznie, a on ciągle leży nawznak — kobiecy — z ręką pod głową i białem ramieniem kugórze. „Dałby pan co zapalić“ — mówi obolało. Daję mu papierosa, podsuwam zapałkę jemu i sobie, zaciągam się i mówię:
— Zwlecz się pan, pogoda dzisiaj, słońce — trzeba jechać dalej!