Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


śli o podróży swojego męża do Londriny. Ludzie prości często mają takie miny, że wiadomo co myślą. Siedzieliśmy obok siebie, dwaj wałkonie przymuszeni i połączeni węzłami obrzydliwego próżniactwa. Ale ratunek wpadł mi w oczy niespodzianie. Obok, na półce stała pokratkowana ceratka od warcab i pudełko.
— Grasz pan w warcaby? — zapytałem go z lękiem że nie gra.
— Pfiu... w warcaby!... nawet w szachy, tylko skąd je wziąć.
Zdjąłem z półki warcaby i ożywiliśmy się do tego stopnia, że Grzeszczeszyn zapytał Dąbskiej:
— Czy pozwoli pani użyć ich, bo chcemy się rozerwać. Popatrzyła na nas zdumiona:
— A grajcie sobie, tylko jak mój stary w to wlezie, to o robocie zapomni i całemi dniami będzie grał... a tu do drogi jeszcze nic nie przygotowane.
— Przecież pani zależy na tem, żeby nie jechał — powiedziałem, rozkładając kamienie.
— A, bo pewnie... byk chce się powłóczyć, markotno mu w domu.
Na szczęście na tych słowach skończyła, a mnie Grzeszczeszyn obojętnym tonem zaproponował trzy kamienie for:
— Pan pewnie o tej grze nie masz pojęcia?...
Zrzekłem się for i pogrążyliśmy się w grze.
— Czy bicie obowiązkowe, czy też fuchy bierzemy — przerwał nagle.
— Bicie obowiązkowe, bij pan.
— A wtył wolno bić?
— Nie, tylko naprzód!
— No, bo z panem to niewiadomo.
Wygrał pierwszą partję i zostawił mnie z dwoma zamkniętemi kamieniami. Nie pysznił się zwycięstwem, tylko fiuknął obojętnie, z przekonaniem o mojej nieudolności we wszelkich kombinacjach. Drugą partję też przegrałem. Rozstawialiśmy