Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


drzesz, że ja tylko za włóczęgą uganiam i o chałupie nie myślę! A co ja chałupę będę gryzł, kiedy mnie do handlu ciągnie, a com się dorobił to na handlu, na karośnictwie... nie pamiętasz?!
Na to płaczliwy głos Dąbskiej.
— Dużo mi tu przywieziesz... bydło ci w borach poginie, na ziemi cię oszukają, jeszcze mi będziesz dziewczynę w lasy ciągnął, gdzie tyle samego chłopa jedzie... zmarnujesz nas zeszczętem, zmarnujesz ty włóczykiju cholerny!
— Gadaj sobie, gadaj! — odkrzyknął zachrypniętym i zmęczonym głosem Dąbski.
Weszliśmy nieśmiało do środka i skromnie przysiedliśmy przy oknie, za stołem.
— Kolację lepiej przygotuj, bośmy głodni! — powiedział Dąbski i przysiadł się do nas.
Na stole kopciła lampka naftowa, przykręciłem ją trochę i w mdłem świetle spoglądałem na krzątające się kobiety, jednocześnie prawą nogą usuwając ciężar, który mi na nią walił. Mimo cholewy, poczułem w łydce jakieś szczypanie i działem z sykiem:
— Co tam może być pod stołem, pies, czy co u licha!
— Waluś, wyłaź spod stołu! — wrzasnęła jedna z dziewczyn i przypadła do podłogi.
Wyciągnęła spod stołu trzepocącego się Walusia, kującego ją obcęgami po głowie. Wszyscy jakby poweseleli. O ile Dąbski zachowywał się wobec nas swobodnie i nawet traktował nas nieco zgóry, o tyle rodzina jego czuła się zażenowana naszą obecnością, zwłaszcza dziewczęta, nie odpowiadały nawet na pytania, tylko chowały głowy w ciemne kąty. Wogóle nie panował tu nastrój szczerej, swobodnej chłopskiej rodziny kolonistów, raczej nieufność granicząca z pokorą. Czuło się jednak byłą służbę folwarczną, bez indywidualności jaka cechuje gospodarzy. Pozatem było tu niechlujnie, śmierdziało pomyjami.