Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Śmierdzi — powiedziałem po chwili, chodźmy.
— Śmierdzi, śmierdzi, ale potem smakuje powiedział tkliwie.
Spacerowaliśmy wśród drzew, Grzeszczeszyn był jakiś cichy, zadumany, aż zaczął powoli:
— I oto przemierzyliśmy szmat drogi. Poznał pan osiedla ludzkie, ich obyczaje...
— Nic nie poznałem, to wszystko było nic — przerwałem mu szybko...
— ...Poznał pan, poznał, nawet pan sam o tem nie wie, a dopiero jak to się w twórczość przyoblecze, to wówczas pan to odczuje... i wspomni pan Grzeszczeszyna... ale nic, to dopiero część znikoma, pierwsza faza. Teraz skolei czeka pana egzotyzm tego kraju, dżungla, niebezpieczeństwa, niewygody... i tu dopiero wykaże się pański hart, czy pan to wszystko zniesie. Tu jest ostatni cywilizacyjny posterunek, ostatnie skupisko ludzkie, dalej zaczną się ostępy, dzicz... i dlatego jeszcze raz panu powtarzam: niech ja mam posłuch u pana, bo tylko pod mojem kierownictwem zbada pan niezbadane głębie zazdrośnie ukrytych przez puszcze tajemnic. Niech pan to sobie zapamięta...
— Ach, będziemy sobie jakoś radzić, drogi panie Grzeszczeszyn, teraz chodźmy do Dąbskich, może dadzą nam co zjeść, zresztą zmierzcha się już... napiłbym się szimaronu.
Zgodził się, poszedł ze mną w stronę kuchni, ale skupiony jakiś, rozmyślający. W mroku słychać było chrupiące kukurydzę stado, nieco wyżej, za płotem, na tle światła w wendzie poruszały się sylwety, słychać było podniecone głosy, śmiechy — kabokle pili. Z kuchni buchnęło gorąco, zapach tłuszczu i podniesiony głos Dąbskiego:
— Będziemy tu gnili na jednem miejscu, maleitą się paśli, a cały naród na angielskie ziemie wali, działki skupuje i wielu chłopa już zarobiło, bo ziemia wgórę idzie!... Konie popędzę, trzy razy tyle za nie dostanę com tu zapłacił, a ty sobie pysk