Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/151

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Teraz wiedziałem, że Grzeszczeszyn zrobił mi na złość. Chwilę się nad tem zastanowiłem, ale nic nie dałem po sobie poznać.
— Trudno! — powiedziałem. — Dobrze, żeście po mnie wrócili. A teraz zrobimy tak: weźmie go się linką przywiąże do wozu, ja na niego wlezę i wkońcu będzie musiał pójść. Ma pan linkę? — Wójcik poszedł do wozu szukać linki.
— Tak będzie najlepiej... hahabe, cholera... omansuje się[1] w ten sposób! — mówił, rechocząc Grzeszczeszyn.

Przywiązali go za wędzidło do wozu, pomogli mi wsiąść i ruszyliśmy. Spoczątku opierał się trochę, ale wędzidło pysk mu uwierało i wkońcu nadobre podreptał za wozem, rozglądając się jednak bystro na obie strony drogi. Z wozu patrzył na mnie Grzeszczeszyn, ciągle starając się ukryć rozradowanie. Byłem teraz spokojny. Jeśli człowiek sobie wynajdzie jakiś cel i poweźmie postanowienie aby go osiągnąć, to wtedy na duszę spływa dziwny hart i opanowanie. Spróbowałem się nawet przyjaźnie uśmiechnąć do Grzeszczeszyna. Co do bura, to czułem, że osiągnąłem połowę satysfakcji. Należało mu jeszcze tutaj coś wymyślić. Toteż kombinowałem, rozglądając się z wysokości tej kanalji po świecie. Było upalne, przeładowane słońcem południe, wszystko zastygło i nieruchomiało. Widok beznadziejny: czerwona, szeroka na dwa wozy — droga, po obu stronach popielato-rudawa gęstwa, rzadkie ale potężne drzewa. Niebo piaszczyste i bez wyrazu. Na wozie drzemały dzieciaki, pani Wójcikowa z trudem łapała oczka szydłami, spod szerokiego kapelusza Wójcika wylatywały kłęby dymu. Grzeszczeszyn gryzł słomkę i kiwał się. Obrazek był straszliwie idjotyczny, jak zresztą już niejednokrotnie zdarzyło mi się to stwierdzić poprzednio. Co to będzie dalej? Żeby mi się udało wydobyć choć cośkolwiek pozytywnego... Czort wie zresztą! — To samo dla kogoś innego może być urocze. Ale jest takie; (osądźcie

  1. Obłaskawi się.