Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tylko!) Ptak tu jest rzadkością, nawet papugi gdzieś się zawieruszyły. Przytem gorąco, duszno i nieciekawie.
Krzyknąłem na Wójcika aby zatrzymał konie. Lekko drzemiące towarzystwo ocknęło się, zaczęli przecierać oczy, rozglądać się...
— Co się stało? — zapytał nieprzytomnie Grzeszczeszyn.
...A tu słońce, pustka i nic się nie stało.
— Ma pan jakiś zamiar? — pyta mnie Wójcik, złażąc z wozu.
— Wie pan co... — mówię — wyprzęgniemy konia dla mnie pod siodło a bura zaprzęgniemy na jego miejsce?
— Dla pana zrobię wszystko!... Dobrze, — skoro to pana rozerwie!
Poprosiłem jeszcze Wójcika aby wsiadł na konia a ja pofurmanię. Zgodził się na to. Zanim ruszyliśmy, bur próbował przedniemi kopytami uwolnić się od wozu, ale bacik uśmierzył te zapędy. Naturalnie: sadysta i okrutnik, mści się na bezbronnem zwierzęciu, ubogi na duchu, wszystko go nudzi, życia wewnętrznego nie posiada. Wszystko prawda, być może! Pojechaliśmy. Djabliszcze szło jak baranek. Chociaż nie wiem czy baranek dobrze idzie w zaprzęgu. Wójcik jechał obok mnie i opowiadał mi różne bandyckie historyjki. Była to zła narracja; kończyło się na rabunku i śmierci kogoś od kul.
Zarośla zaczęły się trochę przerzedzać, ukazała się jakby duża polana z kilku nędznemi zabudowaniami. Wjeżdżaliśmy do miejscowości zwanej Apucarana. Dwa murowane domy, napół w gruzach, podkreślały podupadłość i opuszczenie. Tu i ówdzie wiły się ścieżki porosłe trawą, krzywe chałupy tkwiły między drzewkami herwy, a jasne południe i zieleń podnosiły ich nędzę. Ale polana była wesoła, słońce kładło na nią świetlne plamy, było jakoś przestrono i wzrok ogarniał cały ten pejzaż z przyjemnością. Z chałup powyłaziły jakieś ciemne postury i gapiły się na nas, przesłaniając oczy dłońmi. Psy z pod-