Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


namyślając się czy wejść do środka, kiedy podszedł do mnie niezmiernie otyły chłopiec lat może dwunastu, z procą w ręku. Starał się ze mną nawiązać znajomość bez żadnych wstępów:
— Ten supeł od sznurka ciągle mi się zsuwa z gumy, co tu poradzić?
— Nie wiem, może ci kto inny poradzi.
— Ale niech pan wpierw obejrzy... przeciera się... licho!
Obejrzałem procę i oddałem mu ze słowami:
— Tu trzeba... nową gumę, ta jest jakaś marna.
Zasępił się:
— Ba, a skąd wziąć nowej?
Wzruszyłem ramionami. Stał na swych grubych nogach w iks, gołe kolana miał podrapane i zabłocone, beret sterczał mu na czubku głowy a całość ważyła ze sześćdziesiąt kilo.
— Jak ty się nazywasz? Czegoś taki gruby?
— Nazywam się Srokoń. Gruby? Taki już jestem… No, z tej procy od bidy można jeszcze postrzelać. O, w tego gołębia!
Napuszony gołąb spacerował po dachu i nie zwracał uwagi na przelatujące kamienie. Podniosłem kamień i cisnąłem gołą ręką w stronę ptaka. Gołąb spadł, chłopak przysiadł ze zdumienia a ja stężałem. Też traf, rzeczywiście! Mógłbym konać z głodu w puszczy i coś podobnego by mi się nie zdarzyło. Z wendy wyjrzało dwóch kabokli i patrzyli na mnie z otwartemi gębami. Młody Srokoń ochłonął i przyniósł gołębia za skrzydło. Weszliśmy obaj do wendy, kabokle rozstąpili się z szacunkiem. Zza lady wyszedł tęgi mężczyzna o nalanej, nieruchomej twarzy i pytająco patrzył na nas. Chłopak wyczuł coś niedobrego, bo rzucił gołębia i zaskrzeczał:
— To nie ja, ...to ten pan!
Mężczyzna powiedział z trudem i powoli:
— Co to pan wyprawia, to rasowy gołąb, poco to było?
Poczułem się idjotycznie, kilku ludzi spoglądało na mnie, za ladą sterczał Suchodolski i też się patrzył.