Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Starzec, dłoń jedną wsparłszy na ołtarzu Pana,
Drugą — podniósł raz jeszcze monstrancję do góry,
Że świeciła jak słońce wpośród dymu chmury,
I, kreśląc po raz trzeci znamię przebaczenia,
Głosem cichym, złamanym, lecz w pośród milczenia,
Słyszalnym, — gdyż zgiełk cisza zastąpiła głucha,
Rzekł:
 
„Et Spiritus sanctus!
 
i upadł bez ducha.
 
Monstrancja się stoczyła po schodów marmurach,
Budząc brzękiem swym echa w kaplicach i chórach.
Trzymając broń do nogi, nawet wygi stare
Patrzaliśmy na mord ten, i na ofiarę
Niemi — jakby złamani tym strasznym widokiem.
A podczas gdyśmy stali tam z wilgotnem okiem,
Z głową ciężko zwieszoną na pierś bez oddechu:
 
„Amen!“ — zaryczy dobosz, krztusząc się od śmiechu!