Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Lub omijając rannych krwawe deptać błoto;
Domy, podziurawione od kul jak rzeszoto
Przybierały zdradliwie pustkowia pozory;
Żołnierze wstępowali w te pługawe nory,
Chyłkiem, ostrożnie, ciszkiem, pełzając jak krety,
A potem z czerwonemi wróciwszy bagnety,
Ocierali stal ręką, i kładli na mury
Dłonią we krwi zbroczoną znak krzyża ponury,
Świadczący, że zrobiono w tym domu porządek; —
Bo w tych zaułkach strasznych radził nam rozsądek
Zabezpieczyć się dobrze, nim człek stąpił nogą,
Że się nie zostawiło za sobą — nikogo. — —
 
Szliśmy bez tarabanów, bez trąb i piszczałki,
Starszyzna w zamyśleniu; nawet stare śmiałki
Wiarusy, łokciem pilnie szukający czucia, —
Markotni, jakby marła w nich dusza rekrucia.
 
Nagle — u skrętu owej wąziutkiej ulicy —
Ostrzeżono nas hasłem alarmu od szpicy;
Stajem... krzyk słychać „A l’aide!“ po naszemu: „Ratuj!“
Skoczyliśmy w te tropy bronie wziąwszy na „Tuj!“
I wpadliśmy w sam środek grenadyerów roty,
Co pierzchali haniebnie przed garstką hołoty,
Broniącej krucht klasztoru przed naszym napadem.
Było tam z dwie dziesiątki mnichów z licem śniadem,
Z golonemi głowami, i w kucie odartej,
Z rękami zbroczonemi we krwi — istne czarty!...