Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Straszne to były jatki! Dzień sądu prawdziwy!
I nieraz sam się dziwię, że cały i żywy
Wyszedłem z tych opałów. Od świtu jak snopy
Padali nasi; — wreszcie wzięliśmy okopy.
Wchodzim breszą do miasta mospanie, aż owo
W mieście trza było walkę zaczynać na nowo,
I brać szturmem dom każdy, zkąd ukryty zdradnie
Gradem nas kul zatrutych raził wróg szkaradnie.
Więc traciliśmy ludu mnogo z każdym krokiem;
Wiara, walcząc od świtu z krwią nabiegłem okiem,
Z usty, od rozrywania tulejek ładunku
Czarnemi, spieczonemi, nie do pocałunku,
Klęła wroga, co walczył chytrą zdradą węża,
Szepcąc sobie po cichu, „że to winni księża!“
Więc gdy się gdzie pojawił kaptur jaki skrycie
Unoszący zaułkiem swe mizerne życie,
To bez namysłów długich, z przyjemnością prawie,
Tłukliśmy tę hołotę, jak kaczki na stawie.
 
Batalion nasz w kolumnie szedł wązką ulicą;
Ja byłem w awangardzie, sto kroków za szpicą,
I kroczyłem w mej czwórce, okiem w lewo w prawo
Wodząc czujnie po dachach. Po nad bitwy wrzawą,
Przygłuszając huk strzelby i oręża szczęki,
Wzbijał się płacz i kobiet mordowanych jęki.
Powietrze wrzało skwarem tak jak piec wapniarni;
Słońce nakształt ogromnej czerwonej latarni
Przyświecało ponuro z poza dymu słupów;
Co krok przełazić wały wypadało trupów,