Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I możeż ludzkie żądać prawo,
By człowiek gwałt swej czynił duszy,
I żył codzienną trucizn strawą
I ulg nie szukał swych katuszy?

 
I czyż jest dola tak szalona,
Co dział obłudy sercu znaczy,
I śmiać się każe mu, gdy kona
W męczarniach krusząc się rozpaczy?

 
I czyż możliwa jest żyć jadem,
I nie odwracać ust od trunku,
I kłamać spokój licem bladem?
— Ratunku Boże mój! Ratunku!

∗             ∗

Ach, nie mów o nim mi! Na Boga.
Szalone dziecię! ciszej! ciszej!
Bo hydrę zbudzisz, co złowroga
Wściekłością w sercu mojem dyszy!

 
O, dziecko milcz! Bo ta przeklęta,
Z którą śmiertelną walkę wiodę,
Gotowa stargać swoje pęta,
I zmącić myśli twych pogodę.