Strona:Z martwej roztoki.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Siedzimy na trawniku,
Na gruzach skalnych ław,
Na wysokości piętra.

W dole arena
Pełna zielsk zgniłych i traw —
Śluzy puste, otwarte —
Przy nich jaszczurki zwinne pełnią wartę.

Zda się, że ta arena
Osmęca razem i drwi.
Ileż tu w piasek wsiąkło krwi!
Ileż tu tysięcy padło!
Ile klątw ze krwią bluznęło!
Dziś trawa...
A to była tylko zabawa.

Naraz martwy plac w dole
Poczyna się nam na oczach ożywiać...
My, wszędzie wiodący z sobą swoje bole,
Którymi chcemy zadziwiać —
Na tę arenę, pustą od dwóch tysięcy lat,
Wypuszczamy swoje chowane bestye...
Wyłażą, jak ongi, jak ongi, z za krat:
Jaguary, tygrysy, lwy i inne wyjce —
Bogatsze mamy zwierzyńce.
I poczyna się walka bezgłośna...