Strona:Wycieczka.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Odtąd... bo odtąd coraz częściej się kojarzysz
Z mojemi wspomnieniami, cieniu mój posępny!
Gonisz pierwsze me kroki — mych zabaw towarzysz —
Proszony — nieproszony — ale nieodstępny.

Jako rówieśnik, rosłeś ze mną jednocześnie,
Ze mną spać szedłeś wczesną godziną wieczorną,
Lecz nieraz, jak żak-łobuz, bawiłeś mnie we śnie
Figlami — lub straszyłeś postacią potworną.
 
A widząc, iż się tobą trwożę lub ciekawię,
Takeś już zbisurmaniał i tak zezbereźniał,
Żeś takie same figle płatał mi na jawie
I wciąż mnie naśladował — lub częściej przedrzeźniał.

Podobniśmy do siebie — jak dwie rzeczy bliźnie;
Lecz ty, snać chcąc zaznaczyć różność naszych natur,
W żywe oczy urągasz mojej podobiźnie,
Przerabiając ją w tysiąc śmiesznych karykatur.
 
Jakbyś kładł moją postać na łożu Prokrusta,
Umiesz jej tuszy dodać albo wzrostu odjąć.
Nie wiem, czy to złośliwość czy swawola pusta, —
Czy jesteś mym obrazem, czy moją parodją.
 
Nie wiem — bo mi nie dano spojrzeć w twe źrenice,
Z którychbym myśli twoje czytał i zamiary;
Płaskie i ciemną sadzą zatarte masz lice,
Jesteś, jak widmo — wiotki, bezoki i szary.

Nie wiem, czy ci źle ze mną czy dobrze. Wiem jeno,
Że przez dzień cały chodzisz ze mną, jak najęty