Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chać bez tego aby coś myśleć i wygłaszać jakieś słowa, lub przynajmniej porozumiewać się? Czy sądzisz zresztą, że trudniej jest spłodzić argument niż dziecko? — Co do mnie, i jedno i drugie wydaje mi się wielką tajemnicą; nie śmiem już ani wierzyć ani przeczyć, rzekł karzeł; nie mam zdania; trzeba starać się zbadać te owadki, później będziemy rozumować. — Słusznie mówisz“, rzekł Mikromegas i natychmiast wydobył parę nożyczek. Obciął sobie paznokcie, i, z okrawka paznokcia wielkiego palca, sporządził rodzaj wielkiej trąby, w kształcie ogromnego lejka, którego węższy otwór wprowadził do ucha. Zewnętrzny otwór leja obejmował statek wraz z całą załogą. Najsłabszy głos wnikał w okrężne fibry paznokcia, tak iż, dzięki swej przemyślności, filozof, ze swej wyżyny, słyszał doskonale brzęczenie naszych owadów w dole. W krótkim czasie, zdołał rozróżnić słowa, a w końcu zrozumieć język francuzki. Karzeł osiągnął toż samo, mimo iż z większą trudnością. Zdumienie podróżnych wzrastało z każdą chwilą. Usłyszeli, jak te robaczki odzywają się wcale do rzeczy: ta igraszka przyrody zdała się im niepojęta. Możecie sobie wyobrazić, iż Syryjczyk i karzeł pałali niecierpliwością nawiązania rozmowy z atomami; karzeł lękał się tylko, aby jego grzmiący głos, a zwłaszcza głos Mikromegasa, nie ogłuszył robaczków, nim zdołają go zrozumieć. Trzeba było zmiejszyć jego siłę. Włożyli sobie do ust rodzaj małych wykałaczek, których zaostrzony koniec zbliżony był do okrętu. Syryjczyk trzymał karła na kolanach,