Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystko? Nie zdajesz mi się w niczem podobny do innych ludzi; kradniesz misę złotą, ozdobioną klejnotami, panu który ugaszcza cię wspaniale; dajesz ją zaś skąpcowi, który przyjmuje cię w sposób niegodny. — Mój synu, odparł starzec, ów szczodry człowiek, przyjmujący obcych jedynie przez próżność, iżby podziwiali jego bogactwa, stanie się przezorniejszym; skąpiec zaś nauczy się gościnności; nie dziw się niczemu, i idź ze mną“. Zadig nie umiał zdać sobie sprawy, czy ma do czynienia z szaleńcem czy mędrcem; ale pustelnik przemawiał z taką powagą, iż Zadig, związany zresztą przysięgą, ruszył z nim posłusznie w drogę.
Przybyli wieczór do domu, zbudowanego wdzięcznie lecz z prosta, gdzie nic nie trąciło rozrzutnością ani skąpstwem. Pan domu był to filozof; zdala od świata, żyjąc w spokoju ducha, uprawiał mądrość i cnotę, a mimo to nie znał co nuda. Sam, wedle własnej myśli, zbudował to ustronie, w którem przyjmował cudzoziemców, uczciwie, ale bez cienia próżności i pokazu. Wyszedł naprzeciw podróżnych, i, przedewszystkiem, dał im spocząć w wygodnem mieszkaniu. W jakiś czas potem, zjawił się, aby ich osobiście zaprosić na schludny i dobrze przyrządzony posiłek, podczas którego gwarzył, roztropnie i z umiarkowaniem, o ostatnich zajściach w Babilonie. Zdawał się szczerze przywiązany do królowej, i pragnął gorąco, aby Zadig zjawił się w szrankach by walczyć o koronę: „Ale ludzie, dodał, nie warci są mieć króla takiego jak Zadig“. Zadig zapłonił się: