Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jedną noc aby go ocalić: i oto, jak wzięła się do rzeczy litościwa a roztropna kobieta.
Skropiła się pachnidłami; zaprawiła swą piękność najbardziej bogatym i zalotnym strojem i poszła do naczelnika kapłanów gwiazd prosić o tajemną audyencyę. Znalazłszy się w obliczu czcigodnego starca, przemówiła w te słowa: „Najstarszy synu wielkiej niedźwiedzicy, bracie byka, kuzynie wielkiego psa (takie były tytuły wielkiego kapłana), przychodzę zwierzyć ci się z mych skrupułów. Wielce obawiam się, iż popełniłam straszliwy grzech, nie dając się spalić na stosie ukochanego męża. W istocie, cóż miałam do ocalenia? znikome ciało, dziś już nawpół zwiędłe“. Mówiąc te słowa, wysunęła, z długich jedwabnych rękawów, nagie ramiona cudownego kształtu i olśniewającej białości. „Widzisz, rzekła, jak niewiele warte jest to wszystko“. Kapłan poczuł, w głębi serca, że ta znikomość warta jest dość wiele. Oczy jego powiedziały to, a usta potwierdziły: przysiągł, iż w życiu nie widział tak pięknych ramion. „Niestety! rzekła wdowa, ramiona może ujdą jeszcze; ale przyznasz, iż ta pierś nie była warta moich względów“. To mówiąc, odsłoniła jego oczom najpiękniejsze łono jakie kiedykolwiek stworzyła natura. Pączek róży na jabłku z kości słoniowej wydałby się przy niem jedynie marzanną na bukszpanie, jagnięta zaś świeżo myte zdałyby się brunatno żółte. To łono, wielkie czarne oczy, które patrzyły omdlewająco migocąc łagodnie-tkliwym płomieniem, lica ożywione najpiękniejszą purpurą zmięszaną z bielą najczystszego