Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Do Róży Tajemniczej.

Tajemna Różo! Twoje nieskalane kwiecie
Hen, w godzin mych godzinie niechaj mnie oplecie,
Kędy ci, co przy Pańskim Grobie cię szukali
Albo i w wina kadzi, zamieszkują w dali
Od wrzawy i kłopotu snów, co były klęską,
A w głębi bladych powiek śnią baśń czarnoksięską
Przez ludzi zwaną Pięknem. — Niech twój liść otuli
Rubinowe i złote szłomy Mędrców-Króli
Siwobrodych... Też władcę, co z naocznych zwidów
Skonał nakoniec w szału próżnego udręce,
Gdy, przyćmiewając żagwie, z pomroczy druidów
Wstał Krzyż z drzewa bzowego i Przekłóte Ręce...
Tego też, co na brzegach, których wiatr nie muska,
Spotkawszy Fand, idącą wśród rosy rozbłysków,
Emira i świat cały zgubił — za całuska...
I tego, co wyżenął bogi z uroczysków
I póki sto poranków barwą kwitło krasną,
Ucztował, aż mu przyszło śmierć opłakać własną...
I hardego snoprzędcę-króla, co zbył troski

77