Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy nad tem rozmyślałem, z pośrodku karmazynowych postaci krzyknął na mnie czyjś głos:
— Do tańca! tu nikt nie powinien wykręcać się od tańca! do tańca! do tańca, żeby bogowie mogli stać się ciałami z miąższu naszych serc!
Zanim zdołałem odpowiedzieć, porwała mnie tajemnicza fala namiętności, która wydała się jakby duszą tańca, poruszającą się w głębi naszych dusz, i nic nie czując ani też nie próbując oporu, zostałem zaniesiony na środek. Tańczyłem z jakąś wyniosłą kobietą nieśmiertelną, która miała we włosach czarne lilje, a jej marzące rysy zdały się być napełnione mądrością głębszą niżeli mrok, który jest między gwiazdami, tudzież powabem podobnym temu, co tchnie z ponad wód. Tańczyliśmy do upadłego: dymy i wonie kadzielne snuły się wokoło nas i ponad nami, zakrywając nas doszczętnie, jakby w otchłani wszechświata; wieki zdawały się przemijać, a zawieruchy zrywać się i ginąć w fałdach szat naszych i w jej ciężkich włosach.
Nagle przypomniałem sobie, że jej powieki nie drgnęły ni razu, a lilje nie uroniły żadnego z czarnych płatków ani też nie ruszyły się z miejsca; przejęła mnie wielka zgroza, gdyż zrozumiałem, że tańczyłem z istotą większą lub mniejszą od człowieka, która wypijała mą duszę, jak wół

218