Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niądze i sporo czasu upłynęło, zanim zdołał ją otworzyć, bo ręka, która zmogła wielu ludzi, trzęsła się od obawy i nadziei.
— Oto wszystkie dutki, jakie mam w kalecie — rzekł, wysypując strugę pieniędzy francuskich i hiszpańskich na dłoń dudarza, który próbował w zębach każdą monetę, zanim odpowiedział.
— Prawda, piękna to zapłata, lecz nie powiem, póki nie będę miał zapewnionej obrony, gdyż jeżeli Dermottowie dostaną mnie w swe ręce w jakimś ciemnym kątku po zachodzie słońca, lub za dnia w Cool-a-vin, to mnie porzucą w rów, bym zgnił między pokrzywami albo powieszą na wielkiej sykomorze, gdzie przed czterema laty powiesili koniokradów.
Mówiąc to, przywiązał szkapinę za uzdę do zardzewiałej sztaby żelaznej, wmurowanej w ścianę.
— Zrobię cię moim grajkiem i przybocznym sługą, — rzekł Costello, — a nikt nie odważy się podnieść ręki na człeka, kozła, konia czy psa, należącego do Tumausa Costella.
— A ja opowiem swe zlecenie — odrzekł ów, zrzucając siodło na ziemię, — li tylko u węgła kominka, mając w ręce kubek, a obok siebie dzban piwa lekko chmielnego, bo chociażem obdartus i głodomór, to jednak moi przodkowie byli

156