Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Poźrzyjcie! poźrzyjcie na poświęcane świece! — i pomknął naprzód cwałem, wymachując żagwią na wszystkie strony, a w tem zawołał: — Czy słyszycie, jak tętnią podkowy gońców? Prędzej, prędzej co żywo — bo gotowi ujść wam z rąk! — i zaśmiał się, jakby rozradowany pościgiem.
Rajtarom wydało się, że kędyś w oddali i jakby w dole pod sobą słyszą klekotanie kopyt; pochyłość stawała się teraz coraz bardziej spadzista, mimo to lecieli na łeb na szyję z coraz to większym, oszołamiającym pośpiechem. Próbowali ściągnąć rumaki wędzidłem, lecz napróżno, gdyż leciały jak oszalałe. Przewodnik zarzucił wodze na kark starego siwosza i jął wymachiwać ramionami, śpiewając przytem dziką pieśń gaęlicką. Nagle poniżej w niezmiernej odległości ujrzeli połyskujący wąski skrawek rzeki i poznali, że są nad krawędzią przepaści, zwanej dzisiaj Lugna-Gael lub inaczej Skokiem Cudzoziemców. Sześć koni skoczyło naprzód i pięć okrzyków ludzkich wzbiło się w powietrzu, a w chwilę później pięciu ludzi i pięć koni spadło z głuchym łoskotem na zieloną połoninę u podnóża turni...

∗             ∗



134