Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stwo broni, które pozwoliło im nawpół zapomnieć o strasznem pustkowiu kniei.
Nagle dwa pierwsze konie zadrżały, a następnie stanęły i nie chciały iść dalej. Przed nimi zalśniła tafla wody, a ze szmeru pomykających fal wnieśli, że była to rzeka. Zsiedli z koni i po długiem tarmoszeniu i zachętach doprowadzili je do brzegu. Pośrodku nurtów stała sążnista kobieta podeszłego wieku, której siwe włosy spływały na szary kabat. Stała po kolana w wodzie i nachylała się od czasu do czasu, jak przy myciu; zdołali dostrzec, że obmywała jakiś przedmiot, nawpół zanurzony. Księżyc rzucił nań blask migotliwy, przy którym zobaczyli, że były to zwłoki ludzkie, Gdy im się przyglądali, wir rzeczny zwrócił je ku nim twarzą, a każdy z pięciu rajtarów poznał w niej jednocześnie twarz własną. Gdy stali tak, znieruchomieni i oniemiali ze strachu, kobieta przemówiła głosem powolnym i donośnym:
— Czy widzieliście mego syna? Ma on na głowie koronę, a w koronie są rubiny.
Wówczas najstarszy z rajtarów, który najwięcej ran odniósł w życiu, dobył miecza i krzyknął:
— Walczyłem przódziej za prawdę, przez Boga nam objawioną, i nie potrzebuję się oba-

130