Strona:William Yeats-Opowiadania.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z piątki, któremu żona już umarła, mówił o gąsiorku wina, oczekującym go na policy; natomiast ten, który z nich był najmłodszy wiekiem, miał kochankę, oczekującą jego powrotu, więc nieco wyprzedzał towarzyszy i nie mówił ani słowa.
Naraz ów najmłodszy zatrzymał się, a tamci ujrzeli, że jego wierzchowiec trząsł się na całem ciele.
— Ujrzałem jakieś dziwo — rzekł młodzik — i sam nie wiem, co to było, lecz może był to jakiś cień. Wyglądało to jak wielki gad z koroną na głowie.
Jeden z piątki podniósł rękę do czoła, jakby chcąc się przeżegnać, lecz wspomniawszy, że zmienił wiarę, opuścił ją i rzekł:
— Jestem przekonany, że był to jeno cień, gdyż dokoła nas ich pełno i mają bardzo dziwaczne postaci.
Odtąd jechali w milczeniu. Przed kilkoma godzinami padał był deszcz, więc z gałęzi spadały kropelki, zraszając im włosy i barki. W czas jakiś podjęli na nowo rozmowę. Bywali razem w niejednej bitwie przeciwko wielu buntownikom, to też kolejno opowiadali sobie dzieje swych ran; tym sposobem w ich sercach obudziło się najsilniejsze ze wszystkich zbratań — pobratym-

129